Zmieniłam plany. Jednak nie uciekam, ale znowu się pocięłam. Nie wytrzymałam psychicznie. Wiecie, z cięciem się jest jak z nałogiem. Jak zapalisz jednego papierosa to ciągnie Cie, żeby zapalić drugiego i trzeciego. I czwartego. I siódmego. I dwudziestego. Tak samo jest z tym. Jak raz się potniesz to nie ma bata. Sięgasz po Żyletkę po raz kolejny. I kolejny. Ból sprawia Ci przyjemność, na widok krwi się uśmiechasz.
Opowiem wam historię, która przydarzyła mi się parę tygodni temu. To było tak:
Nieszczęśliwie zakochałam się w pewnej dziewczynie. Ona też była Bi, ale miała dziewczynę i nie odwzajemniała tej miłości. Jak wróciłam do domu to od razu złapałam za Żyletkę. Usiadłam na środku pokoju i zaczęłam się ciąć. Po chwili zauważyłam, że wbiłam Żyletkę w skórę zbyt głęboko. Krew nie przestała lecieć. Położyłam się na podłodze i pozwoliłam krwi spływać na ręcznik, który położyłam pod rękę. Straciłam przytomność. Jak się ocknęłam to leżałam w szpitalu. Pierwsze co zrobiłam to spojrzałam na rękę - była cała zabandażowana. Po paru minutach do sali wszedł lekarz, aby zobaczyć czy się już obudziłam. Powiedział mi, że miałam dużo szczęścia, bo moja matka mnie znalazła i przywiozła, a to mnie uratowało. Tak szczerze to ja się nie ucieszyłam i się skrzywiłam oraz przewróciłam oczami. Lekarz spoważniał i powiedział coś w stylu, że to nie zabawa, bla bla bla. Wyszedł, a mi łzy spłynęły po policzkach. Niestety za pół godziny do szpitalnej sali wpadła moja matka ze sztucznym płaczem i spytała się po co to zrobiłam. Milczałam. Wolałam, żeby się nie wtrącała w moje życie. Skoro od małego się mną wcale nie interesowała tylko podrzucała babci, bo ona oczywiście latała do tych swoich jebanych fagasów się puszczać, to teraz też nie potrzebowałam jej opieki.
Nazajutrz wyszłam ze szpitala, ale nie poszłam do domu. Skierowałam się w stronę rzeki. Lubię tam przesiadywać. Było bardzo ciepło, więc postanowiłam zostać tam na noc. Niestety po 21 zrobiło mi się zimno, więc byłam zmuszona stamtąd iść. Poszłam do starej szopy na pobliskiej łące. Było tam siano więc było cieplej niż przy rzece. Zresztą, nad wodą były też komary. Gdy dotarłam na miejsce odwinęłam bandaż i zrobiłam ogromne oczy. Rany były bardzo wielkie i otwarte. Wywaliłam bandaż i położyłam się spać.
Następnego dnia o ok. 10:30 wróciłam do domu. Oczywiście matka była u swojego faceta, więc nawet nie wiedziała, że nie było mnie w domu, bo wróciła po 14.
To dopiero moja jedna opowiedziana tutaj historia. Będzie więcej.
Pozdrawiam,
Nastoletnia Psychopatka.
Inni niech sobie mówią, że jesteś głupia itd, ale ja tak nie powiem... doskonale cię rozumiem. Wiem jak to jest być "taką ". Po tej notce mogę stwierdzić, że jesteś po próbie samobójczej. Tak jak ja... wiem jak to jest gdy nie możesz liczyć na rodzinę. Gdy chcesz byś sama, już na zawsze...Hmm... pozdrawiam...
OdpowiedzUsuńDobrze wiedzieć, że są, gdzieś w Polsce i na świecie, ludzie tacy jak ja... I tacy, którzy to wszystko rozumieją i nie wyśmiewają się..
OdpowiedzUsuńWow, świetnie piszesz i uważam, że ludzie czytający twojego bloga nie powinni Cię osądzać :)
OdpowiedzUsuńPozdrowienia